 |
|
Czasem obracam się i czuję w powietrzu twój zapach i nie mogę, kurwa, nie mogę nie wyrazić tego potwornego kurewsko koszmarnego fizycznego bólu kurewskiej tęsknoty za tobą. I nie mogę uwierzyć, że ja czuje tyle a ty nie czujesz nic. Naprawdę nie czujesz nic? (...) Wychodzę o szóstej rano i zaczynam cię szukać. Jeśli w śnie zobaczę jakiś znak, jakąś wskazówke: ulicę, pub czy stację. Idę tam. I czekam na ciebie.
|
|
 |
|
Brakuje mi tych spotkań cholernie. Jakby ktoś wydarł mi z rąk mały, prywatny skarb. Stoję zdezorientowana jak okradzione dziecko i nie wiem, co się właściwie stało. Niby takie proste, niby takie oczywiste, zdarza się przecież. A wcale nie proste i wcale nie oczywiste. Bo jak to tak. Stracić coś, czego nawet nie zaczęło się tak naprawdę mieć. A może troszeczkę zaczęło, tylko po co. Chciałoby się, żeby jakiś sens był w tym wszystkim, a tu wcale go nie ma.
|
|
 |
|
Nienawidzę Cię za to, że gdy się uśmiechasz miękną mi kolana. Nienawidzę za to, że na dźwięk Twego głosu drżą mi ręce. Nienawidzę za to, że nadal łamiesz mi serce.
|
|
 |
|
to są te dni, kiedy maksymalnie możemy robić trzy rzeczy na raz, a robimy sześć. Dni, w których kawa i herbata przelewają się strumieniami. Dni rozbitych szklanek, niedopalonych papierosów w paczce. Dni uciekania przed samym sobą, przed problemami, dni nauki, czytania, pisania, recytowania. Dni, w których krztuszę się herbatą, jem za dużo lukru i w których sama jestem jak lukier, bo jestem tak otępiała i zmęczona, że zdecydowanie jest mi wszystko jedno.
|
|
 |
|
Normalność staje się obca. Codzienność jakoś daleko. Spoglądam na nią ciągle z góry, stale z perspektywy czasu. Zupełnie jakbym utknęła w jakimś momencie przeszłości, który mnie tam trzyma. Jak w ciemnym ponurym morzu przez które nie mogę przepłynąć. Rozpaczliwe działania rozbijają się bezskutecznie o fale. Stale krzycze, krzycze bardzo głośno.
|
|
 |
|
W te dni wrześniowych zachodów słońca, które leniwie spływają po blokach, często się smucę i odczuwam twój brak. napięcie i lęk przed oficjalnym ogłoszeniem, iż zaczęła się jesień. I czasem patrzę na te jesienne zachody słońca, wgapiona w ognisty żar, wypalam coraz większą i głębszą pustkę. Centralnie w sam środek trafiam i w kulminacyjnym momencie, w tym miejscu pęka d u s z a. Unosi się tynkowy dym przy tym spirytystycznym wydarzeniu.
|
|
 |
|
zlepiam w alkoholowy wir całe moje ciało, każdą jego część i kończynę, i wszystko tak bardzo boli, wszystko jakby obce. łydka, którą przez najgęstszy dym tego miasta ledwo widzę i gdyż oczy mi uciekają też na wszystkie strony, mówię, boli mnie tak, że nie pójdę ani kroku dalej, i cały organizm się trzęsie. tak mocno jakby na mrozie i w ów momencie jedyne co ciepłe to moja myśl. myśl ciepła choć najsmutniejsza z najbardziej przykrych myśli. myśl o tym by znaleźć się w miejscu, w którym jest dusza, która ukoi moją duszę. i kolejna smutna myśl, gdyż ja się boję, że moja dusza bardzo zapragnie twojej iż Ty masz tę duszę tak specyficzną, w tak dziwnym kształcie i ten kształt jest moim marzeniem. ty moim nadmorskim marzeniem numer jeden. i mówię ci to ja tu i teraz przy świadkach wszystkich naszych, że wykroję sobie serce żeby znaleźć się przy Tobie. i mówię to trzeźwo.
|
|
 |
|
leże tak i ciśnie mnie od środka, czuje jakbym była w ciąży z sama sobą, chce wyrzygać sama siebie, ale i to mi nie idzie, bo się boje. boje się wyrzygać cale zło, cały niepokój, wszystkie brzydkie potwory i demony co mnie niszczą. małe potworki, niczym pasożyty, zakwaterowane w mojej głowie wyżerają powoli, kawałkami cały mój rozum i świadomość, wstrzykują brudnymi, starymi strzykawkami jakieś obrzydlistwo paraliżujące całe ciało. pozwalają mi tylko płakać choć i to jest dla mnie zbyt dużym rarytasem i w sumie może i to by mi zabrały.
|
|
 |
|
chodze i szukam. wsrod tysiaca osob ktore przeplywaja po moich oczach szukam ciebie. gdzies cos poczulam, gdzies z a u w a z y l a m twoj zapach.
|
|
 |
|
jestem zazdrosna o każdą dziewczyne z którą rozmawiasz. jestem zazdrosna o wszystkie rzeczy którymi zajmujesz sie, wtedy gdy nie zajmujesz sie mną. wkurwia mnie każda nie wspólnie spędzona chwila. to obsesja, to choroba, to uzależnienie. jestem chora z miłości.
|
|
 |
|
Kocham sie w alkoholu, bo dzieki niemu sie smieje. Sprawia, ze patrze na swiat w inny sposob - nawet nie wydaje mi sie taki smutny. Czasem nawet zapominam, ze byles, innym razem calujac usta kogos innego jestem niemalze przekonana, ze naleza do Ciebie. A nastepnego dnia, po namietniej nocy z alkoholem, czuje sie tak cholernie zle, ze nie jestem w stanie myslec o Tobie. Poza tym alkohol odwzajemnia moja milosc.
|
|
 |
|
Leżeliśmy obok siebie godzinami, zatraceni jedno w drugie, a przecież sami siebie nieświadomi. Nie istniało niebezpieczeństwo niezgody w naszym uścisku, nie było miejsca na potencjalne skomplikowane wtargniecie.
|
|
|
|