 |
|
spacer po dzielni. niestety nie towarzyszyła mi muzyka, słuchawki zepsuły się, a cały hajs wydawałam na szlugi. w oddali usłyszałam ulubioną nutę Piha, podążyłam więc za miłym dźwiękiem. melodia zaprowadziła mnie do naszego miejsca. dwa głośniki, notebook i czteropak Lechów. łzy w czekoladowych patrzałkach ex, cholernie mnie rozczuliły. chciałam uciec, nie potraciłam. -cześć-wydukałam. nim się obejrzałam byłam w jego ramionach, szczęśliwa jak wcześniej.
|
|
 |
|
nasze pierwsze spotkanie było trochę dziwne. najpierw chciałam się wycofać, ale w końcu odwarzyłam się podejść. poszliśmy na spacer za miasto. byliśmy kompletnie sami, wiatr rozwiewał moje, długie włosy i sprawiał, że drżałam. -zimno mi - wyszeptałam do samej siebie. poczułam jego dłonie, obejmujące mnie w talli. spojrzałam w niebieskie tęczówki, zarumieniłam się, a potem, zupełnie mimowolnie, stanęłam na palcach i dałam mu buziaka , a potem świat zawirował. czułam jego skupienie, bijące bezpieczeństwo. później zadzwonił budzik. - to tylko sen Mała - pomyślałam - nic dwa razy się nie zdarza.
|
|
 |
|
gdy siedzę na parapecie i wymachuję bosymi stopami, mimo przymrozka, rozkminiam chorą egzystencję. wspominam nasz związek, który zdecydowanie nie wyszedł. głos Piha na zmianę z Pezetem namawia mnie to spazmatycznego płaczu. myślę, iż wolałabym oglądać te gwiazdy z Tobą, z Tobą palić szluga, z Tobą pić czwarte piwo, z Tobą słuchać rapu, zupełnie jak kiedyś.
|
|
 |
|
Dziś w mojej głowie tylko krew, flaki, trupy, terror, zabójstwa, płacz, gwałty, samobójstwa, blizny, rany, tortury, złość, morderstwa, śmierć, chciwość, kłamstwo, obłuda, ogień, bezwzględność, groźby, łzy - tak, dziś moja wyobraźnia idzie na całość. tak, dzisiaj powyrzynam wszystkich moich wrogów i przyjaciół. sprawię im taki ból, jaki ja czułam przez ostatnie miesiące. tak, jutro rano obudzę się, pójdę do szkoły i jak gdyby nigdy nic będę uśmiechać się do ludzi, których mordowałam.
|
|
 |
|
ból, złość, krzyk, nienawiść, brutalność, kłamstwa, zdrady - czy to kiedyś ustąpi? czy zastanę jeszcze kiedyś świat w którym będę mogła powiedzieć, że jestem szczęśliwa? czy świat się zmieni? czy coś się zmieni w moim życiu? Ja nadal jestem uwięziona, w jakimś głębokim gównie, z którego muszę wyjść, otrząsnąć się i zapomnieć. szkoda tylko, że zawsze jak już próbuję zapomnieć, to cholerne gówno znowu mnie chwyta. i tak sobie gnije w tym błędnym kole, z którego nie ma szans na wydostanie.
|
|
 |
|
chciałabym umieć znów uśmiechać się bez powodu. chciałabym być jak małe dziecko nic nie wiedzące o świecie. chciałabym całymi dniami oglądać kreskówki i jeść lody i nie martwić się tym, że zgrubne. chciałabym znów wyjść na dwór z tymi osobami, które mnie kiedyś nie raniły i wpierdalać czereśnie z drzewa sąsiada. chciałabym nie wiedzieć, że świat rani, miłość nie istnieje, a przyjaźń jest fałszywa. chciałabym znów beztrosko śmiać się, wygłupiać i nie przejmować tym, co inni o mnie myślą. chciałabym znów usiąść na kolanach i poczuć się jak księżniczka tatusia. chciałabym odzyskać brata, którego straciłam. chciałabym iść przez miasto ubrana cała na różowo ze śmiesznym misiem z rękach, którego dostałabym od taty i w dupie mieć reakcje ludzi. chciałabym zapomnieć o tej szarej rzeczywistości i wrócić do dzieciństwa, gdzie wszystko było kolorowe i radosne.
|
|
 |
|
wśród mnie tak wiele sukowatych księżniczek, które mogą mieć wszystko. tak wiele szmat, które kleją się do każdego chłopaka i jeszcze dopłaciłyby żeby jakiś koleś ich przeleciał. tak wiele dziwek, na które już nie mogę patrzeć. wiecie, nawet moja najlepsza przyjaciółka stała się laseczką latającą za każdym chłopakiem. boże, daj siłę, by to wszystko wytrzymać, bo patrząc na to wszystko nie widzę pozytywów. chcę wrócić do czasów, kiedy było pięknie, łatwo i bezproblemowo, kiedy nie wyczuwałam fałszu, w każdym słowie, kiedy świat tak cholernie mocno nie ranił..
|
|
 |
|
w świecie, gdzie każdy jest pieprzonym egoistą, nie ma miejsca dla czegoś takiego jak miłość. w świecie, gdzie tak na prawdę każdy człowiek jest mordercą, gdzie każdy jest brutalem terroryzującym ludzi. w świecie, gdzie wszędzie kryska krew. ziomuś, taka jest rzeczywistość, ale sztuką jest w tym nieludzkim, dzikim świecie odnaleźć to co piękne - niewielu to się udało.
|
|
 |
|
wiem już wiele, nauczyłam się życia. znam na wylot ten pierdolony świat pełen zatrutych przyjaźni i gorzkich łez. wiem, że istnieją ludzie, którzy jednym zdaniem potrafią sprawić tak wielki ból, jakby miliony cierni powoli wbijały się w serce. wiem jak ranią kłamstwa, szczególnie gdy słyszysz je od osób, które kochasz. wiem jak bardzo może zniszczyć człowieka sztuczny uśmiech, bez którego wdeptaliby cię głęboko pod ziemię i już nie pozwolili wyjść. idąc codziennie przez te same ulice miasta, dochodzę do wniosku, że ludzie to terroryści - ranią, szydzą, sprawiają ból, zdradzają i robią to bez skrupułów. świat ma jedną zasadę: zabij albo zostań zabity , inaczej się nie przetrwa w tej brutalnej rzeczywistości .
|
|
 |
|
- zjebałam, wiesz. - to ja zjebałem, to ja Cię zdradziłem, sorry. próbowałem się zabić, nie udało mi się. - to moja wina, gdybym była lepsza, nie rozważyłbyś nawet takiej możliwości. - nawet nie wiesz jak bolało mnie gdy płakałaś, śpiąc w moich ramionach, gdy błagałaś, bym Cię nie olewał. - płakałam? - płakałaś, mówiłaś, wiem, że mnie kochasz Kocie. ja Ciebie też, uwierz mi kurwa, pokażę Ci to jak tylko chcesz, mogę pójść nago na rondo tylko mi wybacz. - wybaczam, nie potrafiłabym inaczej Słońce.
|
|
 |
|
odrabiałam lekcje, jak zwykle w szkole. nerwowo rozglądałam się po korytarzu, szukając wzrokiem jakiejś nauczycielki. -wyluzuj - usłyszałam - nikogo tu nie ma, zerkam na przypał. spojrzałam w górę, stał nade mną i szczerzył zęby w cudownym uśmiechu. - dziękuję - wyszeptałam. -ależ nie ma za co Maleństwo. a wiesz, tak w ogóle uwielbiam patrzeć kiedy jesteś taka zapracowana, wyglądasz wtedy jak milion dolarów. zaczerwieniłam się. już nic nie mówił. pogłaskał mnie po głowie i odszedł do kolegów.
|
|
 |
|
[2] po dwóch dniach wróciłam do szkoły. dowiedział się i przyszedł pod budynek. padł na kolana, przeszłam obojętna. spotkałam go kilka dni później, spacerował spokojnie, naćpany jak zwykle, słuchał Piha, na mój widok przyśpieszył. parę godzin później otrzymałam telefon - nie żyje. zostawił dla mnie coś na pendrive. jego ziomek przyniósł mi to do domu. objął mnie ramieniem. - rozumiem Cię - powiedział - sam to robię, ale nie mam dupy, zranił Cię, teraz jest mu lepiej. to wiadomość, rymował o mnie, o tym jak kochał. nie potrafiłam go wspierać, być z kimś takim. załamałam się. dzisiaj jestem w psychiatryku, piszę to ze łzami w oczach. proszę uważajcie, uciekajcie na początku takich związków jak najdalej, nie angażujcie się, błagam.
|
|
|
|