|
Przyzwyczajam się do cienia, rozumiem już, że światło które widziałem było tylko przebłyskami szczecia, gdzieś spoza klatki, w której utknąłem gdy odebrano mi klucz, tak dawno, że nie mogę tego pamiętać. Przestaję się bać, akceptuję, że tu zostanę, że to moje miejsce, w ciemności odnajduję spokój, gdy wiem, że nie muszę już drapać tych ścian, bić pięściami, szarpać się z ciemnością aby dotknął mnie choć promień radości. Między cieniem a mrokiem wsłuchuję się w pustkę, idę przez nicość, tnę ciemność postanowieniami i wstaję tak szybko jak upadam. Nagle wiem gdzie iść gdy pogodziłem się z otchłanią gdy wzgardziłem słońcem. Może bez uśmiechu, może bez podskoków ale bez łez i strzał w sercu.
|