Pieprzę to wszystko. Za każdym razem rozpadam się coraz mocniej, coraz bardziej. Siadając na krawężniku, nie pozostaje mi nic innego, niż rozpłakać się nad istotą mojej wszechogarniającej głupoty; chaos ustąpił miejsca rutynie. Boli, cholernie jak nigdy - to też rutyna. Tak samo jak zabijanie myśli. Znowu znalazłam się w punkcie wyjścia, żeby jeszcze raz popełnić ten sam błąd - tylko po to, żeby ponownie go popełnić. Idiotyczne... Nie mam siły na niepopełnienie go znowu, to silniejsze ode mnie. Moje słabości niszczą wszystko - od banałów po rzeczy konkretne - to weszło już do tradycji. Najwidoczniej stanowię wyjątek i nie uczę się na własnych błędach.
|