|
Ja chciałem zawsze tylko mieć czyste sumienie
Mówiłem sobie często, że przez to się nie zmienię
Nie grałem twardziela, choć brałem wszystko na klatę
Gdy on prał sumienie, aż sprał je jak szmatę
Ja chciałem z nim przyjaźni, jedności, harmonii
Dla niego te słowa to synonim monotonii
Ja starałem się walczyć, by być coraz lepszym
On zawsze tym gardził, wolał wszystko pieprzyć
Ja nigdy nie chciałem mieć nieprzyjaciół na próżno
Choć pamiętam jak zapalam im znicze nad trumną
Tak było kiedyś, a dziś? On zapomina aż po limit
To, co złe między nami, bo to odeszło z nimi
Ja grałem czysto, choć rzeczywistość
Stawiała znaki zapytania o 'jakąś' przyszłość
Nie chciałem przewidywać, żyłem chwilą dla chwili
A on nie mógł zasnąć, martwił się o perspektywy.
|