 |
definicjamiloscii.moblo.pl
z miejsca przyrzekam że jeśli jeszcze raz Twoja dłoń dotknie Jego osoby ja mimo cholernie obolałych na chwilę obecną mięśni powyrywam Ci te łapki.
|
|
 |
z miejsca przyrzekam, że jeśli jeszcze raz Twoja dłoń dotknie Jego osoby, ja, mimo cholernie obolałych na chwilę obecną mięśni - powyrywam Ci te łapki.
|
|
 |
podnoszę wzrok, usilnie starając się odnaleźć Jego. mierzę dokładnie to cudowne spojrzenie, które jeszcze kilka dni temu, tak natarczywie się we mnie wpatrywało. teraz błądzi, z jednej dziewczyny na drugą. omija mnie. tak perfidnie, podle, w najbardziej bolesny sposób.
|
|
 |
nie patrz. nie dotykaj. nie wypowiadaj zbędnych słów. nie pytaj się o nic. nie chcę banalnych - 'dlaczego?', 'czemu?', 'skąd ta nagła zmiana?'. zapomnij. w moim życiu nie ma miejsca dla Twojej osoby w takim stopniu, jakiego oczekujesz. przynajmniej nie chcę, by ono było.
|
|
 |
przyspieszona arytmia mojego serca idealnym podkładem do Jego barytonu.
|
|
 |
zabolało, kiedy nie napotkałam już Twojego nadgorliwego wręcz spojrzenia. kiedy uśmiech był tylko delikatnym przebłyskiem uniesionych kącików ust, w dodatku tak cholernie wymuszonym.
|
|
 |
ej, niunia, majtki w misie wychodzą Ci spod spódniczki.
|
|
 |
nie obchodzi mnie, że w simsach topisz ludzi w basenach, czy zamykasz między czterema ścianami - mną się nie będziesz bawić.
|
|
 |
sytuacja bez wyjścia. telefon do mamy, podanie podstawowych informacji, a pro po tego, że potrzebuję ciuchów na zmianę do szkoły. pięć minut później dostaję torbę z jakże cudowną zawartością: jeansy, bluza, skarpetki, stanik, majtki i jako jedyna zachowująca pozory normalności część, koszulka. z uśmiechem zakładam ją na siebie, mimowolnie uświadamiając sobie, że moja niezastąpiona rodzicielka przywiozła mi - XL taty. bajer.
|
|
 |
tak, cieszę się, że jest wiosna, ale jeśli mamy jeszcze raz wyjść na wychowaniu fizycznym na dwór i grać w nogę na przemokniętej glebie, porośniętej trawą - wymiękam. na prawdę po dzisiejszym dniu mam dość tego typu zajęć, tudzież kąpieli błotnych.
|
|
 |
od momentu, kiedy Go poznałam nie kieruję się rozumem, a sercem. patrzę jak inni oceniają Jego osobę powierzchownie, jak mówią o Jego arogancji, nieodpowiednim zachowaniu, rozpuszczają o Nim plotki. przysłuchuję się temu wszystkiemu ze stłumionym śmiechem. już nawet nie chodzi o to, że On ma na zdanie tych wszystkich osób totalnie wyjebane. śmieszny mnie jedynie fakt, że opowiadają to wszystko, jakby znali Go od podstaw, z każdą tajemnicą, a tak na prawdę nie mają zupełnie pojęcia kim jest. nazwisko to mikroskopijna część tożsamości. to w środku kryje się wszystko.
|
|
 |
z każdym kolejnym facetem było tak, jak z czytaniem ebook'a. oddawałam się wiernie tej czynności, wchłaniała mnie do cna, przeżywałam wszystko oczami bohaterów, jednak w dalszym ciągu czegoś mi brakowało. tego tomu w dłoni, kartek pachnących tym specyficznym zapachem świeżego papieru, tej okładki - miękkiej, lub twardej z wygrawerowanym tytułem. przekładając to na moje życie - On był moją książką, tą wydaną, posiadającą kilkaset stron, zadrukowanych idealną czcionką. każdy kolejny mężczyzna pojawiający się na mojej drodze posiadał tą samą treść, ale cholera, nie był tym samym.
|
|
 |
mówisz mi o przyzwyczajaniu się. stwierdzasz, że to głupie, niewłaściwe i do niczego nie prowadzące. silę się na uśmiech, który nie będzie wyglądał nawet minimalnie szczerze, jednak Ty tego nie zauważysz. zmieniasz temat. miłość. opowiadasz mi tym magicznym barytonem jaka to idiotyczna sprawa, jaka, banalna, wymuszona, przereklamowana. przełykam ślinę i kiedy tylko odwracasz wzrok, przecieram końcem rękawa oczy, zmywając ślady łez. śmiejesz się, tuląc mnie do siebie. mierzysz wzrokiem dziękując za to, że jestem Twoją kumpelą, i nigdy nie liczyłam na nic więcej. jasne, widzę, że znasz mnie perfekcyjnie.
|
|
|
|