 |
|
wracając w nocy do domu witałam z ulgą łóżko i wylewałam w poduszkę łzy zmieszane z tuszem do rzęs. tłumiony krzyk już od dawna, nie zagłuszał ostrego kłucia w mojej piersi. na przemian zasypiałam i się budziłam. ze snu wyrywały mnie koszmary. a może rzeczywistość, która stała się dla mnie nie do zniesienia. bo przecież nie było Go już przy mnie. moje serce w chaotyczny, pełen bólu sposób zaczynało rozumieć, że odszedł tamtego dnia. całując lekko w czoło, definitywnie się pożegnał.
|
|
 |
|
całe życie próbuję sam odnaleźć się w tym tłumie.
niby wiem prawie wszystko, ale mało rozumiem
|
|
 |
|
każą nam ciągle iść, zostawić problem, żyć.
by za zakrętem znów poczuć jak życie kopie w pysk
|
|
 |
|
choć różne są dni, mijają zawsze bezpowrotnie
|
|
 |
|
nasz rap jest wszędzie,
o nas słychać to ta muzyka jest, jak powietrze,
ty wiesz, że to miasto nią oddycha
|
|
 |
|
widzę przyjaciela też nie mówi nic,
poza słowami: „żyj” i „pozwól żyć”
|
|
 |
|
Wystarczy, że na mnie spojrzy, a ja już układam scenariusz wspólnego życia... Niestety...
|
|
|
|