: Czasami chciałabym mieć maszynę, za pomocą której mogłabym przyjmować na siebie cudzy ból. Wszystko byłoby proste: trochę mojej krwi, trochę moich łez, mojego krzyku i moich nieprzespanych nocy, i po problemie, druga osoba jest szczęśliwa. Mogłabym wtedy pomagać wszystkim w najlepszy znany mi sposób – być morzem, do którego zlewają się tysiące rzek, kufrem, do którego wrzucamy nieistotne rupiecie. Miałabym wielką wartość. Szanowałabym się. Dawałabym szczęście. Problem pojawiałby się dopiero wtedy, kiedy ktoś nie pozwoliłby mi na użycie magicznego urządzenia. Wszystko musiałoby wyglądać tak, jak teraz. Pozostaje jeszcze jedna nurtująca mnie kwesta: czy już nie jestem traktowana jak osioł, który musi przewieźć ogromny ładunek, bo przecież „i tak sobie poradzi”?
|