kiedy siedziałam przed telewizorem z sześcioma tabliczkami czekolady, chusteczkami higienicznymi porozrzucanymi wszędzie gdzie się da i zalana łzami, ktoś zapukał do drzwi. nie miałam ochoty z nikim gadać, więc nie reagowałam. natręt pukał i pukał dalej. nie chciał odejść. nie krzyczał. nie wołał nikogo, więc nadal nie otwierałam. kiedy wiedziałam, że już sobie poszedł zeszłam na dół dotknięta nagłą ochotą sprawdzenia kto to mógł być. otworzyłam drzwi. na ganku leżał bukiet konwalii, moich ulubionych kwiatów. do wiązanki przyczepiony był czerwony liścik. otworzyłam go i zaczęłam czytać: chciałbym powiedzieć, że cię nienawidzę i że postąpiłem słusznie zrywając z tobą, ale tak nie jest. kocham cię i chcę żebyś wróciła. do mnie. do domu. J.
patrzyłam oniemiała na to co przeczytałam. a więc to Josh był tym natrętem. a ja go nie wpuściłam. jak mogłam być taka głupia?! może jeszcze nie jest za późno, może go dogonię...
|