 |
|
Nie wiedzia艂em, 偶e ta strona jeszcze istnieje i 偶e pami臋tam do niej has艂o. Lubi艂em t膮 spo艂eczno艣膰, ciekawe czy to nowe pokolenie nadal tworzy takie wi臋zi, jak my kiedy艣 tutaj//mr.lonely
|
|
 |
|
https://www.wattpad.com/1376275410-my-every-road-leads-to-you-prolog
|
|
 |
|
Ci膮gle pope艂niam b艂臋dy, chcia艂abym mie膰 kogo艣 kto je zrozumie, wybaczy. Otuli ramionami i powie, 偶e damy sobie z tym wszystkim rad臋. HB.
|
|
 |
|
oparta o balustrad臋 balkonu zaci膮ga艂am si臋 dymem z papierosa, czuj膮c jak jego szare macki wype艂niaj膮 moje p艂uca. dooko艂a panowa艂a cisza. miasto, kt贸re nigdy nie zasypia艂o, nagle zacz臋艂o przypomina膰 dolin臋 duch贸w. co jaki艣 czas ulic臋 przecina艂o pojedyncze auto, kt贸re szybko znika艂o z pola mojego wzroku. nagle jedno, jedno wyj膮tkowe, przypominaj膮ce jego auto, zaparkowa艂o w tym samym miejscu, w kt贸rym On czeka艂 za mn膮. silnik ucich艂, drzwi otworzy艂y si臋 energicznie, a moje serce na chwil臋 zamar艂o. nie mog膮c z艂apa膰 powietrza stara艂am si臋 rozpozna膰 w tym obcym m臋偶czy藕nie jego. to nie on, szepn臋艂am sama do siebie. to nie on. atak paniki uderzy艂 we mnie ze zdwojon膮 si艂膮. nie mog膮c oddycha膰, czu艂am jak przed chwil膮 obumar艂e serce, zaczyna sw贸j galop, pr贸buj膮c przebi膰 si臋 przez moj膮 klatk臋 na zewn膮trz. papieros upad艂 na pod艂og臋, a m贸j krzyk utkn膮艂 w zd艂awionym gardle. chowaj膮c g艂ow臋 mi臋dzy kolanami zacz臋艂am cicho liczy膰 do 10. to pomaga, powtarza艂am sobie, to pomaga.
|
|
 |
|
wiem,偶e d艂ugo nie rozmawia艂y艣my,偶e traktowa艂am Ci臋 okropnie,偶e nasz kontakt si臋 ozi臋bi艂.wiem,偶e przez d艂ugi okres czasu Ci臋 pomija艂am skupiaj膮c si臋 wy艂膮cznie na facetach,kt贸rzy jak cie艅 pojawiali si臋 i znikali z mojego 偶ycia.zrani艂am Ci臋,pozwoli艂am by艣 czu艂a si臋 niekochana,niepotrzebna,niewarto艣ciowa.a mimo wszystko Ty nadal przy mnie jeste艣,nadal chcesz mi pom贸c,chcesz wzi膮膰 mnie za r臋k臋 i wsp贸lnie zacz膮膰 naprawia膰 chaos,kt贸rzy inni wyrz膮dzili w moim 偶yciu.Ty,dziewczyna 偶yj膮ca we mnie,kt贸ra jeszcze nigdy mnie nie zawiod艂a.kt贸ra sta艂a przy mnie w najmroczniejszych momentach 偶ycia,kt贸ra ratowa艂a od g艂upot, gdy my艣li samob贸jcze ci膮gn臋艂y mnie na t臋 drug膮 stron臋.Ty i ja to jedno艣膰.przepraszam,偶e na chwil臋 o tym zapomnia艂am.czas najwy偶szy na nowo pokocha膰 siebie,na nowo nauczy膰 si臋 偶y膰 w zgodzie z w艂asnym ja.z艂ap mnie za r臋k臋 i zr贸bmy to razem.posklejajmy szcz膮tki mnie,kt贸ra ostatkiem si艂 chce zacz膮膰 wszystko od nowa.
|
|
 |
|
"jeste艣 wyj膮tkowa,sprawiasz 偶e na nowo chce mi si臋 偶y膰"-szepta艂 mi wprost do ucha gdy oparta o mask臋 jego auta wpatrywa艂am si臋 w 艣wiat艂a lampek,roz艣wietlaj膮ce tak uwielbiany przeze mnie park.jak bardzo naiwna wtedy by艂am wierz膮c, 偶e s艂owa kt贸rymi mnie karmi s膮 prawdziwe. spogl膮da艂am w jego oczy my艣l膮c, 偶e mo偶e to on b臋dzie tym, kt贸ry mnie poskleja, 偶e to on da mi szcz臋艣cie, kt贸re tak dawno temu zosta艂o mi zabrane. bez cienia w膮tpliwo艣ci, pozwoli艂am mu wej艣膰 do swojego 偶ycia, tak bezmy艣lnie ufaj膮c w jego czyste zamiary. chcia艂am by by艂, by poznawa艂 mnie ka偶dego dnia bardziej, by my艣la艂 o mnie tu偶 po obudzeniu i chwil臋 przed za艣ni臋ciem. chcia艂am wierzy膰, 偶e naprawd臋 co艣 dla niego znacz臋,偶e mog臋 na nim polega膰, 偶e razem jeste艣my w stanie stworzy膰 co艣 prawdziwego. ale on odszed艂 w najmniej spodziewanym momencie.odszed艂 tu偶 po tym,kiedy zacz臋艂am na nowo oddycha膰 pe艂n膮 piersi膮,kiedy powoli zaczyna艂am stawa膰 na nogi.odszed艂 a ja nie umiem ju偶 znale藕膰 siebie.nie mam ju偶 sk艂ada膰 si臋 od nowa.
|
|
 |
|
spogl膮dam przed siebie i widz臋 bezkres b艂臋kitnego nieba.ciep艂e,letnie powietrze otula moj膮 sk贸r臋 i czuj臋 jak powiew wiatru rozwiewa d艂ugie blond w艂osy, muskaj膮c przy tym delikatnie obojczyki."tutaj jeste艣"-s艂ysz臋 tak dobrze mi znany m臋ski g艂os i u艣miechaj膮c si臋 przymykam powieki,kiedy jego d艂onie powoli przyci膮gaj膮 mnie do siebie.nie potrzeba mi niczego wi臋cej,mam ju偶 wszystko,znalaz艂am sw贸j azyl kt贸ry zaczyna si臋 i ko艅czy w jego ramionach.bezpiecze艅stwo,kt贸rego brakowa艂o mi przez ca艂e dotychczasowe 偶ycie,nabra艂o teraz kszta艂t jego osoby.szcz臋艣cie przybra艂o d藕wi臋k jego imienia.spogl膮dam w jego b艂臋kitne spojrzenie i widz臋 jak patrzy na mnie z mi艂o艣ci膮,jak jego usta wykrzywiaj膮 si臋 w radosnym u艣miiechu,by po chwili poca艂owa膰 mnie czule w skro艅 szepcz膮c jak bardzo mnie kocha.艣wiat na chwile zwalnia,wszystko dooko艂a staje si臋 niewa偶ne.on jest obok i tylko to si臋 liczy.i nagle jak ba艅ka mydlana obraz ucieka,gdy d藕wi臋k budzika wyrywa mnie ze snu.znowu zostaje sama.przywitana przez samotno艣膰.
|
|
 |
|
odszed艂 zostawiaj膮c po sobie tylko obraz swoich niebieskich oczu w moim sercu. odszed艂 zabieraj膮c ca艂y m贸j spok贸j. odszed艂 zmuszaj膮c mnie brutalnie do uczenia si臋 na nowo 偶ycia bez jego osoby. pono膰 nie mo偶na si臋 do kogo艣 przywi膮za膰 przez tak kr贸tki okres czasu, i wiesz co? to g贸wno prawda. uzale偶ni艂 mnie od siebie. wni贸s艂 艣wiat艂o do mojego 艣wiata, by po chwili samolubnie je zgasi膰 swoim znikni臋ciem.
|
|
 |
|
艂za za 艂z膮 sp艂ywaj膮 po policzkach, tworz膮c wy艣cig kt贸ra pierwsza znajdzie sw贸j koniec na kraw臋dziach 偶uchwy. mam ochot臋 rozdrapa膰 sobie klatk臋, drapa膰 tak d艂ugo a偶 nie dotr臋 do samego centrum b贸lu, a偶 nie poczuj臋 w d艂oniach bicia ledwo 偶yj膮cego ju偶 serca. chc臋 zasn膮膰. chc臋 znikn膮膰. cokolwiek, byleby tego nie czu膰, byleby przesta艂o bole膰. ile razy mo偶na prze偶y膰 z艂amane serce? ile razy mo偶na upada膰 na samo dno, by potem nieudolnie stara膰 si臋 wspi膮膰 ponownie na szczyt? ka偶dy oddech to wyzwanie, ka偶dy ruch to wewn臋trzna walka z sam膮 sob膮. staje si臋 duchem, cieniem dawnej siebie. b艂agam o 艣mier膰, chocia偶 nikt nie s艂yszy moich pr贸艣b. chc臋 krzycze膰, ale po raz kolejny t艂umi臋 go gryz膮c ramiona najmocniej jak mog臋. zniszczyli mnie. ka偶dy po kolei zabiera艂 cz膮stk臋 mnie. zostawili mnie z艂aman膮, wyplut膮. zostawili mnie sam膮, bym ponownie na w艂asn膮 r臋k臋 zacz臋艂a zbiera膰 szcz膮tki swojego serca.
|
|
 |
|
otwieram oczy i rozgl膮dam si臋 dooko艂a. sypialni臋 wype艂ni艂y promienie s艂o艅ca, kt贸re nie艣mia艂o wkrad艂y si臋 przez szpar臋 w roletach. widz臋 jak kurz ta艅czy w ich smudze. znane odg艂osy ulicy odbijaj膮 si臋 echem o kremowe 艣ciany pokoju. niedziela, dzie艅 w kt贸rym wszystko widoczne jest w innych barwach. dzie艅 w kt贸rym nostalgia bez pytania wkrada si臋 do 艣rodka g艂owy i samolubnie oblepia wszystkie my艣li. w niedziel臋 jako艣 ci臋偶ej o u艣miech, ci臋偶ej o jak膮kolwiek motywacj臋 do funkcjonowania, do wyj艣cia z 艂贸偶ka. w niedziel臋 si臋 umiera, wiesz? tylko czy ja nie umieram ka偶dego dnia, czy ka偶dy dzie艅 tygodnia nie wygl膮da u mnie jak niedziela? wstaj臋, ubieram si臋, pije spokojnie kaw臋 i zastanawiam si臋, czy to jeszcze samotno艣膰 czy ju偶 wolno艣膰.
|
|
|
|