 |
|
Oparła się o ścianę, w jednej dłoni trzymając butelkę Daniells'a , w drugiej ściskając kilkanaście białych tabletek. Wzięła jedną w dwa palce i podniosła do ust. "za mamusię" - powiedziała i połknęła ją, zapijając alkoholem. "za tatusia" - wydobyła z gardła zachrypnięty głos. Wzięła trzecią tabletkę - "za babcię". czwartą - "za dziadka". piątą - "za siostrę". sięgnęła po szóstą. "za ciotkę" - szepnęła i popiła. Zaczęło jej się kręcić w głowie. Nie potrafiła przypomnieć sobie reszty członków rodziny. Słabnącą dłonią mocniej chwyciła butelkę. "za przyjaciół" - przełknęła siódmą. Drżącą ręką wsadziła sobie do ust ósmą - "za miłość". Widziała już tylko zamazane kontury. Whiskey rozgrzewała ją od środka, tabletki zalegały w pustym żołądku. "za Ciebie, Kochanie" - powiedziała lekkim bełkotem, połykając dziewiątą. Wzięła ostatnią i szepnęła lekko rozchylając wargi - "za to popieprzone życie", po czym osunęła się na podłogę .
|
|
 |
|
Jeśli przeszłość cię nie zadowala, zapomnij o niej. Wymyśl sobie inną historię życia i uwierz w nią. Pamiętaj tylko te chwile, kiedy udało ci się dopiąć celu. Poczujesz siłę, by osiągnąć to, czego pragniesz.
|
|
 |
|
Nie pozwolę ci ze mnie wytrzeźwieć .
|
|
 |
|
A teraz pójdę sobie zrobić herbaty, bo usycham z niezdecydowania, zawahania, niepewności, rozczarowania, nadmiaru obowiązków, tęsknoty.
|
|
 |
|
Samotność nie ma nic wspólnego z brakiem towarzystwa.
|
|
 |
|
W lustrze widać jeszcze tylko oczy, które patrzą obojętnie na cały mój upadek .
|
|
 |
|
stosy wypalonych uczuć, zniszczonych serc.
|
|
 |
|
każdy z nas ma osobę , w którą mógłby wpatrywać się bez opamiętania.
|
|
 |
|
Zawężony zbiór rozlazłych kreatur mających jeszcze czelność zwać się ludźmi .
|
|
 |
|
Wszystko sprowadza się do jednego.
Jedna dziewczyna.
Jeden ON.
Ten jeden raz.
Jedno wino.
Jeden papieros.
Jedna łazienka.
Jedna dusza.
Tylko jedna łza.
Jeden oddech.
Jedno spojrzenie.
Jeden ruch.
Jedno ciało.
Jedne wrota.
Droga w jedną stronę.
|
|
 |
|
Krwawię zaplątana w szorstkich prześcieradłach bezgwiezdnych nocy.
Wykrochmalony materiał zakorzenia się na mojej skórze.
Tkwię tak osaczona przez kłamstwo.
Żyję otulona spraną śmiercią.
Wysłużone kończyny opadają bezsilnie w szamotaninę gryzących wspomnień.
Splamiłam bawełnianą przestrzeń.
Tak mocno naciska na umysł.
Dusi zatrutym obrazem prostych korytarzy.
Nie pozwolę!
Nie pozwolę na bezczynne kołysanie w ramionach szkieletów.
Kłamstwo.
Rozedrzyj trupie społeczeństwo.
Zobacz mnie pod okrywą nałogowych oddechów.
Wyczerpujących bezdusznych ulic.
Zaczerwienioną skórą.
Nie pod granitowa płytą.
|
|
 |
|
Rany.
Blizny.
Drzazgi.
Sińce.
Krew.
Stworzyła je odmienność.
Nie ja.
|
|
|
|