 |
|
"dorośli" - mówią mi – "dorośnij", wielcy kreatorzy szarej prozy codzienności, do mdłości, mam dość ich
|
|
 |
|
oni pokazali jak mam żyć, ja chyba nie chcę tak, którędy iść, dzisiaj pieprzę ich świat, nie mam nic
|
|
 |
|
kocham samotność, tak, proszę, podejdź bliżej, kocham ciszę tak mocno, mów do mnie głośno, bym mógł słyszeć
|
|
 |
|
może umiem tylko ranić, dławić w sobie smutek, nie mogąc go zabić i za nic stąd uciec, próbując zabić tę próżność bez granic, co cztery ściany zburzę w murze inicjały
|
|
 |
|
słyszę noc, a dla mnie i wybuchnie dzisiaj wszechświat. gwiazdy takie czujne tylko czekają na klęskę, finezja otacza zenit rzeczywistość stąpa w trwodze, pustką karmieni mogą patrzeć jak odchodzę
|
|
 |
|
koniec jest martwy i ulepiony ślepą pustką, skreślam wyrazy ale nie wiem czy nie jest za późno
|
|
 |
|
po cichu jak śmierć, która patrzy ze strychu
|
|
 |
|
noc, a księżyc chyba płacze deszczem dzisiaj
|
|
 |
|
zanikam, parują łzy w atramencie jutra
|
|
 |
|
chcemy nadziei skazani na porażkę w świecie poemy odzianym czarnym zamszem, w tej kadencji tonie wielbią szczęściu, my, kwiaty na betonie których nie zdepczesz
|
|
 |
|
to było płytkie, kruche, udawane, no a życie jest szybkie, więc już pozamiatane, to nie było nam pisane, niestety
|
|
 |
|
jeśli mam coś ciąć, to wspomnienia, bo to co między nami, dla mnie jest już bez znaczenia
|
|
|
|