 |
|
znowu nie kochał mnie ten obcy ktoś
|
|
 |
|
już nie jestem z tego świata i może nigdy z niego nie byłem, bo wygląda, że nie ma tu dla mnie żadnego ratunku, bo już nie potrafię kochać ziemską miłością, bo jestem bardzo zmęczony, nieopisanie wycieńczony
|
|
 |
|
nie miałem planów. nie miałem pojęcia co robię, dokąd zmierzam, świat był dziwnym i dokuczliwym miejscem
|
|
 |
|
łączy nas więcej niż miłość, dlatego powiedz mi wreszcie za jakie grzechy można przy tobie umrzeć,
kochanie
|
|
 |
|
chciałbym zrozumieć człowieka, który skacze z szesnastego piętra i w locie krzyczy: nie ma śmierci
|
|
 |
|
czasem obracam się i czuję w powietrzu twój zapach i nie mogę, kurwa, nie mogę nie wyrazić tego potwornego kurewsko koszmarnego fizycznego bólu, kurewskiej tęsknoty za tobą
|
|
 |
|
był miłością mojego życia. taką prawdziwą miłością, która się zdarza tylko raz, wszystko przed nią to zapowiedzi, wszystko po niej marne podróbki
|
|
 |
|
oszaleć, zabić się czy ciągnąć dalej?
|
|
 |
|
i nie mogę uwierzyć, że ja czuje tyle a ty nie czujesz nic. naprawdę nie czujesz nic?
|
|
 |
|
[1] najgorsza dla Ciebie data to? i dlaczego? 11 lipca 2012r.
Poranek - jeszcze dostaje od niego telefon, jest jak zawsze uśmiechnięty - słyszę to w jego głosie.
Mamy się spotkać później lecz do spotkania nie dochodzi.
- Pewnie mu coś wypadło. - zawsze tłumaczyłem sobie to tak samo.
Nie ubłagalnie mijają kolejne godziny, a On nie daje znaku życia.
Wychodzę sam na trening, a gdy wracam telefon wciąż milczy.
|
|
 |
|
[2] Niespokojnie odpalam szluga i otwieram piwo wychodząc na balkon.
Wszyscy patrzą na mnie nieobecnym wzrokiem z politowaniem spuszczają wzrok.
Wracam do domu, nie ogarniam co się dzieje.
Coś z moją Matulą? Tatą? Co się do chuja stało? - milion pytań w głowie.
Zakładam szybko buty i szybko biegnę po schodach do mieszkania rodziców.
Dobijam się do drzwi jakby zaraz miał mnie ktoś zabić, jestem coraz bardziej niespokojny.
Drzwi otwiera mi zapłakana Matula mówi - Wejdź Dawiś. - moje ręcę się trzęsą.
Nie ściągam nawet butów - w salonie widzę jego zapłakanych rodziców.
Widzę jego Matulę trzymającą w dłoni jego zdjęcie zalane łzami, które spływają po jej policzkach.
- Cio... - nie zdążyłem nic więcej powiedzieć, gdy poczułem mocny uścisk Wujka na ramieniu.
Nawet nie wiem kiedy On wstał i podszedł do mnie - przytulił mnie do siebie.
|
|
 |
|
[3] Rozpłakał się z podwójną siłą, a z moich policzków równocześnie zaczęły płynąć łzy.
Żadne słowa do mnie nie dochodziły, nie rozumiałem co do mnie mówią.
Usiadłem na podłodze zakrywając się dłońmi - chciałem krzyczeć.
Nic nie chciało przejść przez moje gardło, najkrótsze, najcichsze słowo.
Dławiłem się łzami czując się jak głupi pięciolatek, któremu odebrano ulubioną zabawkę.
Chłopaki zaczęli przychodzić kolejno do mieszkania. Siadali obok mnie.
Wzrok - każdy na każdego i płacz, który odbierał wszystkim siłę na lepsze jutro.
Chciałem go jeszcze raz usłyszeć, dotknąć by stanął w tych cholernych drzwiach i zaśmiał się.
By powiedział, że jest skończonym pojebem i poszedł zobaczyć się tylko z kimś tam na górze.
Ale wrócił i jest i więcej takiego numeru nam nie zrobi. Nie było tego.
On odszedł. Odszedł na zawsze. / niefartowny
|
|
|
|