 |
|
jakaś część mnie umarła gdy zabiliśmy nas,
dziura w sercu której nie leczy czas
|
|
 |
|
I budzę się, Cie nie ma tu, nie czuje dramatu
A może to dzień z braku laku, zakres fatum
I nie widzę znaków i ide tu jak ślepiec,
aż z biegiem lat uwierzę, że tak będzie lepiej
A może ktoś Cię ukradł, jak z kalendarza kartki
I wobec nostalgii, nie byłem zdolny do walki.
|
|
 |
|
i choć nie zawsze było tak jak dziś,
patrz na ulicy wciąż stoję obok,
do końca dni będę z tobą
|
|
 |
|
mama miała rację i zgadła - kumple odchodzą, zostaje pusta ławka
|
|
 |
|
byle do jutra, ale ta wódka kurwa nigdy sie nie kończy
|
|
 |
|
mamy siebie ale nie wiem czy mamy coś więcej
|
|
 |
|
koniec gry, wypadamy w aut, przecież tak toczy sie los miliardów par
|
|
 |
|
Widziałem Cię rano przechodząc pod blokiem,
nie znamy się, za to spotkaliśmy się wzrokiem,
hat, na głowie kaptur, wiesz trudny dzieciak,
pewnie z góry potraktowałaś mnie jak śmiecia
|
|
 |
|
I biorę ciężkiego powietrza oddech,
które cedze przez gardło tak, że jest mi nie dobrze.
Pluję krwią, w około płoną pochodnie,
brakuje mi siły, leżę, pomóż mi się podnieść
|
|
 |
|
Czasami wątpię jak Ty w cały świat,
czasami wątpię w siebie, wątpię w nas,
to jest tak silne, że wraca do mnie w snach -
przewracam się, leżę, nie mam siły by wstać
|
|
|
|