 |
|
i wtedy ruszył pociąg, bo łez nie widać nocą.
|
|
 |
|
już nie słychać jak rośnie trawa, jak rozmawiają świerszcze. smutne czasy.
|
|
 |
|
skrzyżujmy oddechy, znajdźmy antidotum na rzeczywistość.
|
|
 |
|
koniec tego, co trzymało przy głębokim oddechu, galopie mięśnia sercowego i uśmiechu bez oczywistości.
|
|
 |
|
banalny wschód słońca, przewidywalny zachód.
|
|
 |
|
już nie dławię się powietrzem, a słońce przestało razić mnie w oczy.
|
|
 |
|
dotąd doszliśmy, tu się rozwiązały koniec z początkiem.
|
|
 |
|
chciałam tylko złapać dystans, a straciłam samą siebie z oczu.
|
|
 |
|
czuję, że dotykamy czegoś, czego nie powinniśmy dotykać.
|
|
 |
|
może nie będę mogła zatrzymać deszczu, ale będę obok.
|
|
 |
|
to kwestia bardziej przyzwyczajenia niż uczuć.
|
|
 |
|
jeden człowiek na ziemi to zrozumie, tylko on patrzyłby z zamiłowaniem na całą sytuację.
|
|
|
|