 |
|
byliśmy dla siebie jedyną deską ratunku. poręczą odgradzającą od przepaści.
|
|
 |
|
otoczyłam się skorupą cynizmu, moje serce jest wytrzebione, uciekam przed okropną zależnością, szyderstwem powszechnej ułudy; eros w swoim kołczanie ukrywa kosę.
|
|
 |
|
prawda powoli wychodzi na jaw i staje się pusta.
|
|
 |
|
a potem nastrój nieco mi się polepsza, bo zdaję sobie sprawę, że jeśliby zapytać tych ludzi, czego tu szukają, połowa z nich natychmiast zalałaby się łzami.
|
|
 |
|
to, co nazywamy miłością, jest tylko alibi dla związku zboczeńca z dziwką, różowym woalem przykrywającym przerażającą twarz nieuniknionej samotności.
|
|
 |
|
najmniejszy ruch jest trudny. oczy wbite w ziemię. obojętność na wszystko.
|
|
 |
|
co by można powiedzieć o szczęściu? nic. wszystkich ono wpieprza. szczęście innych jest nieszczęściem drugich.
|
|
 |
|
wolałeś swoje życie kretyna, szczęście by nas znudziło. zdechniemy osobno, samotnie.
|
|
 |
|
nic nie wiem o tej krzyczącej beznadziei, wobec której jestem bezsilna.
|
|
 |
|
jego puste od ćpania oczy patrza głęboko w moje i staram się w nich odnaleźć moje łzy, ale nic nie widzę.
|
|
 |
|
i w końcu, nie wiemy już, co się liczy. granice się zacierają. jesteśmy jak wolne elektrony. zamiast mózgu mamy kartę kredytową, zamiast nosa - odkurzacz, i nic na miejscu serca.
|
|
 |
|
nauczyłam się, że to nie grzech mówić prawdę, nawet jeśli siebie przedstawia się wtedy w samych superlatywach
|
|
|
|