 |
|
Człowiek, którego darzyłam tak wielką miłością właśnie odszedł. Ktoś kiedyś mi powiedział, że do szczęścia wystarczy tylko spełnienie marzeń. On był spełnieniem każdego najmniejszego marzenia, każdego snu, każdej nocy. Był wszystkim czego potrzebowałam i bez czego nie mogłam żyć. Skrzywdziłam. Zostawiłam i pozwoliłam odejść. Dałam do zrozumienia, że jakiś przypadkowy przechodzeń z niezłą klatą jest lepszy. A przecież nie ma na świecie drugiej pary tak pięknych czekoladowych oczu...Nie ma tak pięknych, ciepłych i pełnych ust, które wykrzywione w uśmiechu stawały się jednym sensem życia. Nie ma drugiego takiego,który mimo swej kruchej budowy dał mi doznać takiego bezpieczeństwa w tych ramionach, które są niepowtarzalne.
|
|
 |
|
Chciałabym cię tylko za wszystko przeprosić. Po prostu. I mimo, że ta wiadomość wcale nie jest dla mnie szczęśliwa cieszę się, że będziesz mógł już wrócić do swojego dawnego życia, zapomnieć o wszystkim, o mnie, o nas. Nie chcę Ci już więcej zatruwać życia. Jestem szczęśliwa, że będziesz mógł poznać kogoś wspaniałego kogo obdarzysz miłością, a ona będzie ją odwzajemniała ze zdwojoną siłą, bo zasługujesz na to. I miłość naprawdę istnieję, wierz mi. Mam nadzieję, że pewnego razu będzie Ci dane ją poczuć. Wierzę, że jest stworzony ktoś specjalnie dla ciebie, kto da ci wszystko na co zasługujesz. Jeszcze raz za wszystko przepraszam.
|
|
 |
|
Bóg zabrał mi wszystko co było mi tak bardzo potrzebne do życia, tlen, serce..teraz uczę się od nowa życia bez tlenu i serca, które biło dla tych ludzi, którzy nadawali mojemu życiu kolorów. To trudne, ale muszę stawić temu czoło.
|
|
 |
|
z czasem uda Ci się zmyć z ciała odciski jego palców. gorzej jest z sercem. tam nie dostaniesz się, ani z gąbką ani z żelem pod prysznic.
|
|
 |
|
w końcu nachodzi wieczór, kiedy jest Ci wszystko jedno. nie zmywając makijażu w mokrym od deszczu ubraniu kładziesz się na podłodze i zasypiasz, wtulając się w dywan. nazajutrz budzisz się między jedną a drugą nogą od stołu i jedynym Twoim życiowym celem jest znalezienie zapalniczki, a następnie ponowne zaśnięcie tym razem w objęciach nikotynowego dymu. zasnąć i się więcej nie obudzić. przespać problemy. podnieś powieki, kiedy zwyczajnie, samoistnie znikną. to tak samo abstrakcyjne jak wystygnięcie zimnej już kawy.
|
|
 |
|
leciał za inną suką, więc spuściłam go ze smyczy. teraz wraca, skomląc pod drzwiami, a ja pełna satysfakcji odpalam papierosa tylko po to, aby dmuchnąć mu nikotynowym dymem prosto w twarz i powiedzieć 'astalavista bejbi'.
|
|
 |
|
krzyczał na nią. wyzywał od najgorszych. wziął za ramiona i w amoku zaczął ją szarpać. przycisnął do ściany, krzycząc w twarz, że nie jest nic warta. słowa nie bolały, wyzywiska również. najbardziej jednak bolała świadomość, że chociaż powinna, nie potrafi go znienawidzić. w końcu zadał jej cios na tyle mocny, że osunęła się po purpurowej ścianie i upadła. kucnął nad nią cedząc przez zęby kolejne wyzwiska. - przytul mnie. - wyszpetała rozhisteryzowana. popatrzył na nią zdezenteriowany. objęła go, a on w końcu zamilkł.
|
|
 |
|
- nienawidzę jak płaczesz kochanie. - powiedział z troską w głosie. - cudownie wyglądasz z nosem upapranym w tuszu, posklejanymi od łez rzęsami, ale mimo wszystko. patrzyła na niego swoimi orzechowymi tęczówkami, wypełniającymi się na nowo łzami. - jesteś piękna kochanie. nawet taka niewinna, rozhisteryzowana, roztrzęsiona. wtuliła się w niego. - jednak jeszcze piękniejszy jest fakt, że mogę wytrzeć te łzy swoim osobistym rękawem, maleńka.
|
|
 |
|
nie mów, że wiesz jak się czuję. to nie ty zasypiasz z telefonem w dłoni, dusząc się płaczem. to nie ty średnio co 5 minut budzisz się tylko po to, żeby odblokować klawiaturę. przebudzasz się ze złudną nadzieją, że to jeszcze nie koniec, że odpisał. że nadal jest tylko dla Ciebie. ale nie. on znikł równie szybko jak stygnie gorąca herbata czy dopala się papieros. nie zdążyłaś się nacieszyć, ani wrzątkiem herbaty, ani dymem nikotynowym, ani Nim.
|
|
 |
|
ten stan, kiedy budzisz się w południe, nie znając dnia tygodnia. na poduszce tylko pozostałości wczorajszego makijażu, a obok, na szafce nocnej niedokończone opakowanie tabletek nasennych. siadasz na skraju łóżka uświadamiając sobie, że jest z Tobą naprawdę źle. jednak jeszcze gorsza jest świadomość, że nie ma jednej osoby, która byłaby Twoim stanem chociaż w niewielkim calu - zainteresowana.
|
|
 |
|
i mogła leżeć na zimnej, marmurowej ziemi, cała potargana, umorusana w tuszu do rzęs. zaziębnięta, w sukience, która swoim wyglądem wcale jej nie przypominała. przechodni patrząc z góry, nie zwracali na nią uwagi. przecież w dłoni trzymała woreczek z białym proszkiem, co równoznaczne było z jej furiactwem, roztargnieniem i głupotą. nie zasługująca na krztę współczucia, przeniosła się na inny marmur. równie zimny. perfekcyjnie odsuwając znicze, ułożyła się płycie, układając głowę tuż przed nagrobkiem. wiedziała, że tylko na jego pomoc może liczyć. tylko on jest w stanie, dać jej ciepło, którego nie zaznała nigdy więcej, zaraz po tym, jak wyrwano go z jej objęć, zakopując 5 metrów pod ziemią.
|
|
 |
|
młodzi, piękni, najebani.
|
|
|
|