 |
|
EJ, EJ , EJ JELINA, TA WIXA SIĘ DOPIERO ZACZYNA. ZAPINAM STANIK, WKŁADAM SKARPETY, LECIMY SZYBKO DO SKLEPU PO PETY, TO BĘDZIE WIXA GRUBA, CZUJĘ ŻE CZEKA NAS ALKOHOLOWA ZGUBA. NIE, SERIO, TO NIE ŻARTY, BĘDZIEMY PLAKAĆ Z POWODU KOLAN ZDARTYCH. BO TO BĘDZIE WEEKEND WE WROCŁAWIU, PEŁEN KOLOROWYCH, PUSZCZANYCH W POWIETRZE PAWIÓW
|
|
 |
|
TERAZ DAJESZ JELINA, WYBIŁA NASZA GODZINA, WSPINAMY SIĘ DO GWIAZD, ZWIEDZIMY W TRASIE KILLKA MIAST. DAWAJ CYCKI NA BLAT, NIE BĘDZIEMY LICZYĆ STRAT.
|
|
 |
|
mogą wierzyć w swą świętą prawdę - cóż z tego, jeśli słowa z czynami mają gówno wspólnego
|
|
 |
|
mie łatwo zgasić gromnicę pamięci, ale na mściwych życie się zemści
|
|
 |
|
mój sukces to najlepsza zemsta, wokół chciwość, złość, nienawiść, nigdy na tarczy, o szczęście trzeba walczyć
|
|
 |
|
nie mam nic do stracenia, wszystko do zabrania, nie znam sekretu życia, mam kilka przemyśleń
|
|
 |
|
nie urodziłem się wczoraj, ten świat jest bezwzględny, nie na miejscu są tu sentymenty
|
|
 |
|
ból zabijasz bólem, masz to we krwi
|
|
 |
|
szczęśliwa zapomniałaś, jak smakuje nieszczęście, nigdy ich mało, są gdy nic już nie zostało
|
|
 |
|
nie chcę być więźniem świata złudnych wyobrażeń
|
|
 |
|
wolałbym umrzeć w samotności, niż z kimś złudne życie wieść
|
|
|
|